Od odwołanej podróży do Włoch po ucztę z przyjaciółmi w tym polskim zamku. Chwila, która dojrzewała pięć lat.
Na początku 2020 roku Tam Minh Le—urodzona w Teksasie, wietnamsko-amerykańska przedsiębiorczyni kulinarna i opowiadaczka historii—została wybrana na stypendium kulinarne w północnych Włoszech. Program zapowiadał spotkanie światowych myślicieli kulinarnych, prowadzone przez szefów kuchni takich jak David Chang. Ale pandemia miała inne plany i wyjazd nigdy nie doszedł do skutku. Zamiast tego Tam została z możliwością zaplanowania czegoś własnego—wtedy, gdy nadejdzie odpowiedni moment. Niedługo później ta okazja przybrała formę 32. urodzin, świętowanych w naszym bajkowym zamku w zachodniej Polsce. Pobyt w Pałacu Osowa Sień był spokojny, pełen dobrej energii i towarzystwa oraz oczywiście pysznego jedzenia. Szesnaścioro przyjaciół cieszyło się codziennymi brunchami, piknikiem w słońcu w parku pałacowym i ucztą przy świecach w ostatni wieczór.
Jak później napisała Tam: „W pewnym momencie miałam arkusz z 25 zamkami i wasz był naszym numerem jeden. Jestem taka szczęśliwa, że to się udało.”
Pierwsza wizyta nie miała być poszukiwaniem miejsca na przyszłość. A jednak—patrząc wstecz—dokładnie tym się okazała.
Powiedzmy to wprost—kiedy żyjesz i oddychasz jedzeniem, tak jak Tam (i z automatu także jej mąż Steven), wiesz, jaką wartość ma wyjazd, podczas którego dobre posiłki i świetne rozmowy płyną bez wysiłku. Tym razem jednak Tam nie musiała gotować—oddała to w nasze ręce.
Od ich pierwszego pobytu grupa podwoiła swoją liczebność i trzydziestka gości przyjechała na długi lipcowy weekend. Tam i Steven zadbali o podstawy, ale też znali sekret: jeśli ludzie są wspaniali, czas leci—więc mniej planów to często więcej. Stałe punkty były tylko trzy: pyszne jedzenie, dobrzy przyjaciele i właściwe miejsce, żeby to wszystko razem celebrować. Zero napiętych harmonogramów. Zero fajerwerków. Sama autentyczność.
Piątkowy wieczór zaczął się od kolacji przy świecach, grilla i ogniska na tarasie: ręcznie robione kiełbasy z czosnkiem niedźwiedzim z naszej wioski, „steki” z pieczarek marynowane w miso i podane z mlekiem tahini, oraz burgery z lokalnej wołowiny karmionej trawą i ziarnem.
W karczmie—tuż obok tarasu, przez szeroko otwarte drzwi—rustykalny stół wiejski był zastawiony cytrynowym orzo ze świeżymi ziołami (ukłon w stronę miłości Tam do cytryn), wyrazistą surówką i sałatką ze śliwek, moreli i starych odmian pomidorów, skropioną tłoczonym na zimno, lokalnym olejem z lnianki i bazylią. Kolacja zakończyła się tak, jak kończyć się powinny wszystkie dobre kolacje: czymś sezonowym, domowym i w sam raz słodkim. Lokalna cukierniczka Emilia Kluczyńska upiekła ciasto drożdżowe z wiśniami, porzeczkami i agrestem z sadu swojego taty—owocami, które pielęgnował po długich dniach spędzonych na renowacji zabytkowych tynków jako mistrz rzemiosła. [Przeczytaj o niej więcej tutaj.]
To nadało ton całemu ślubnemu weekendowi: jedzenie jako tło do bycia razem.
Weekend płynął w dwóch nastrojach. Jeśli dni były rustykalne i pełne słońca, to wieczory przechodziły w coś bardziej miękkiego.
Poranki mijały powoli; lunche przeciągały się aż do popołudnia. Nikt nie patrzył na zegarek—czas po prostu nie miał znaczenia. Taras nabierał toskańskiego klimatu: miękka kość słoniowa murów pałacu w tle, akcenty cytrusów, rozmarynu i lawendy w glinianych donicach, plus naturalne, ziemiste faktury. Goście trzymali się luźnego dress code’u: beżowe i pastelowe lny, które idealnie stapiały się z całością. Nasze nasłonecznione stoły z wikliny i szkła ustawiły się jak gąsienica wzdłuż patio, a głębokie fotele z poduchami zapraszały, by godzinami siedzieć, jeść i właściwie… nic nie robić (czyli, jeśli pomyśleć, prawdziwy cel życia). Karafki z winem brzęczały, gdy szum rozmów mieszał się z muzyką, a lampki zawieszone na starym dębie migotały, gdy popołudnia przeciągały się w nieskończoność.
I wśród tych wszystkich długich, leniwych lunchów jeden zapadł w pamięć: sobotnia neapolitańska pizza serwowana prosto z food trucka zaparkowanego tuż obok zamku.
Sobotni lunch przyniósł dawkę neapolitańskiej radości. Daria i Patryk—lokalna para i założyciele Włoskich Niebiosa—podjechali pod zamek swoim mobilnym piecowym truckiem. Na cieście fermentowanym 48 godzin i przy ogniu o temperaturze 480°C wypiekali placki w niecałe półtorej minuty—chrupiące, sprężyste, z idealnie przypieczonym rantem.
Goście krążyli między sadem a tarasem, gdy kolejne pizze wychodziły z pieca, wybierając spośród czterech smaków i sięgając po kawałki z czerwono-białego, kraciastego stołu zasypanego cytrynami i butelkami oliwy. Totalny luz w najlepszym wydaniu, który naturalnie przerodził się w piękny wieczór.
Kiedy słońce zaczynało zachodzić, noc zmieniała się w to, co Tam i Steven nazwali „eteryczną elegancją”: lekką, rozświetloną świecami i spokojną. Nad parkietem zawisła kula dyskotekowa, łapiąc ostatnie promienie dnia i rozpraszając je delikatnie, gdy zapadała noc. Paleta kolorów była kremowa i pastelowa, a wielu gości miało na sobie tradycyjne wietnamskie áo dài w odcieniach kości słoniowej, beżu, błękitu i granatu. Sama impreza miała subtelny retro klimat—flashowe zdjęcia, detale w starym stylu, odrobina blasku.
Wszystko było celowo stonowane. Bez ogromnych kwiatowych łuków. Bez przesady w produkcji. Tylko Tam i Steven, otoczeni najbliższymi przyjaciółmi, plus kilka zaufanych osób, które zajęły się resztą. Ta kameralna lista gości, jasne poczucie stylu—toskańskie dni, eteryczne noce—i zaufanie do kilku sprawdzonych rąk sprawiły, że wszystko wyglądało na absolutnie bezwysiłkowe.
Oba moodboardy możesz zobaczyć tutaj:
Moodboard fotograficzny ślubu
Moodboard stylu całego pobytu
I choć wieczory były totalnie na luzie (czy jakby to powiedzieć po polsku: spoko), sama ceremonia była jeszcze bardziej przemyślana.
Gdy dzień przechodził w wieczór, goście zebrali się w sali balowej na ceremonię o 19:00, która bardziej przypominała wspólną chwilę niż wyreżyserowane wydarzenie—i dokładnie o to chodziło. Wyglądało lekko i naturalnie, ale każdy detal był starannie przemyślany. Tam i Steven wszystko zapisali w swoim przewodniku planowania i nawet zrobili próbę po sobotnim lunchu, żeby upewnić się, że wszystko płynie jak trzeba. GreenSnap Studio uchwyciło to perfekcyjnie.
Efekt? Zero ołtarza. Tylko dziesiątki migoczących świec na długich stołach nakrytych lnianymi obrusami w kolorze kości słoniowej, delikatna muzyka i Tam ze Stevenem stojący przed ogromnymi południowymi oknami, skąpani w wieczornym słońcu, podczas gdy goście siedzieli przy wspólnych stołach i patrzyli, jak składają sobie przysięgi. Ceremonię poprowadził ich przyjaciel. Tam miała na sobie tradycyjne beżowe áo dài z minimalistycznym złotym khăn đóng. Wyglądała po prostu promiennie.
Po ceremonii podano kolację, z przerwą po kilku pierwszych daniach, kiedy para wymknęła się na złotogodzinne zdjęcia w ogrodach pałacu—tylko we dwoje. Dzięki temu, że pracowaliśmy ze sprawdzonymi partnerami, komunikacja szła gładko. Uzgodniliśmy z Karolem, fotografem z GreenSnap Studio, aby odpowiednio rozłożyć serwowanie dań i podać danie główne, gdy para wróciła—goście mieli czas, żeby uzupełnić kieliszki i spokojnie nacieszyć się chwilą przerwy.
Kiedy zapadła noc, blask świec stał się jeszcze intensywniejszy. Kieliszki brzęczały. Kula dyskotekowa dalej się kręciła, a później para zatańczyła powoli pod jej blaskiem, podczas gdy znajomi podawali sobie kabel AUX i na zmianę grali DJ-ów. Przytulnie, bez zadęcia, całkowicie „ich”.
To była najlepsza lekcja, że nie potrzeba ekipy 20 podwykonawców, żeby stworzyć magię. Mała lista gości, jasna wizja i zaufanie—i nagle mniej naprawdę znaczyło więcej.
Kolacja maksymalnie sezonowa, podana w stylu family-style: wytrawne muffiny z cukinii (o tym uzależniającym, popcornowo-koperkowym smaku z lat 90., dzięki świeżo mielonym nasionom kopru), masło z pieczonej papryki, sałatka z ogórka z ogrodu i opalanej fasolki szparagowej oraz quiche z grzybami zawinięte w ciasto filo. Potem chłodnik pomidorowo-wódkowy—dla odświeżenia podniebienia i jako ukłon w stronę pierwszych pomidorów lata.
Dania główne to udka z kurczaka marynowane całą noc w polskim kwasie chlebowym, miodzie z dzikich kwiatów i musztardzie gruboziarnistej—najpierw powoli gotowane sous vide, a potem dopieczone na grillu—podane obok karkówki wieprzowej z naszej wioski marynowanej w rieslingu i pomarańczy oraz młodych ziemniaków pieczonych w soli z odrobiną octu jabłkowego.
A potem nadszedł czas na makaron.
Przed ślubem zebraliśmy notatki o upodobaniach kulinarnych Tam i Stevena oraz ich potrzebach dietetycznych—tak jak robimy to zawsze przy każdej grupie. U Tam od razu rzuciła się w oczy miłość do makaronu, jej wrażliwość na sery i zamiłowanie do wyrazistej kwasowości—a także historia o szansie, której kiedyś nie udało jej się wykorzystać, by studiować we Włoszech. Wszystko to sprawiło, że makaron nie był tylko „lubię”, ale raczej „kocham”—i czymś, co naprawdę warto uczcić przy stole.
Postanowiliśmy więc stworzyć danie, które będzie wyjątkowo „Tam”: sezonowe, w naszym stylu, czyli comfort food w wersji farm-to-table, oparte na kilku prostych, ale wyjątkowych składnikach. Po dniach testów i dopracowywania, wybraliśmy mezzi rigati z brązowej matrycy, ugotowane al dente i wymieszane z sosem z pieczonych pomidorów bawolich serc, różowego pieprzu, czerwonych porzeczek i tymianku—zakończone chrupiącą posypką z czosnkowej, ziołowej bułki na zakwasie. Trochę słodkie, trochę kwaskowe i pełne charakteru. Od tamtej pory to jedno z naszych stałych dań na wczesne lato.
Na deser było prosto, ale z pomysłem: nasze sygnaturowe biszkopty cytrynowo-migdałowe (inspirowane starą sycylijską recepturą), przygotowane z jajek od kur z wolnego wybiegu i z dodatkiem lokalnej cytrynówki, delikatnie polane miodem. Potem przyszła kolej na tartaletki gruszkowo-imbirowo-pieprzne autorstwa Emilii oraz 100 makaroników przygotowanych specjalnie przez lokalną kawiarnię.
Dzień po ślubie był powolny i regenerujący—dokładnie tak, jak zaplanowali Tam i Steven. Grupa gości, razem z parą młodą, połączyła sesje w saunie z masażami całego ciała—oba mocno aromatyczne dzięki naturalnym polskim ziołom i olejom. Wieczorem podaliśmy swobodny bufet: pulled pork (przepis znajdziesz tutaj), kasza, letnie sałatki i chrupiące ziemniaki Hasselback. Prosto, sycąco i pysznie—idealne zakończenie pełnego świętowania weekendu.
Tam i Steven byli już wcześniej w Pałacu Osowa Sień. Pierwszy raz był odkryciem—uczuciem wejścia do miejsca, które wydawało się zbyt baśniowe, żeby mogło być prawdziwe. Tym razem chodziło o powrót. Do zamku, tak, ale też do pewnego uczucia, którym chcieli się podzielić: powolne poranki, znajome kąty i ten komfort bycia otoczonym przez najbliższych ludzi.
Ich ślub nie był nowym początkiem, tylko budowaniem na tym, co już się zaczęło. Zamek znów stał się „ich”—nie tylko tłem, ale przestrzenią wypełnioną blaskiem świec, długimi stołami i miękkimi fotelami, które zapraszały do długich rozmów.
Na tym polega piękno intencji: czy to twoja pierwsza wizyta, czy dziesiąta, chodzi mniej o nadmierne planowanie czy wymyślanie koła na nowo—jak to w ślubach bywa—a bardziej o tworzenie chwil, które zostają z tobą, takich, które czujesz jako jedyne w swoim rodzaju właśnie wtedy, gdy się dzieją.
Chcesz zobaczyć to na własne oczy?
Zajrzyj do wyróżnionej relacji na Instagramie tutaj.
Planujesz własny, kulinarny ślub albo prywatne przyjęcie w Europie?
Napisz do nas na hello@castlerental.com i rozpocznij swoją podróż w Pałacu Osowa Sień.
Szukasz miejsca, gdzie weekend może wyglądać jak przedłużona kolacja z najbliższymi?
Zróbmy to razem.
Kiedy stypendium kulinarne Tam Minh Le we Włoszech zostało odwołane w 2020 roku, trafiła zamiast tego do cichego zamku w Polsce. Lata później wróciła tu ze Stevenem i trzydziestką gości na weekendowy ślub pełen dobrego jedzenia, blasku świec, neapolitańskiej pizzy z food trucka i tej wyjątkowej lekkości bycia w gronie najbliższych.